Tajlandia, Laos, Kambodża na rowerze

Ferie zimowe 2018 spędziliśmy z synem w siodełku i w upale. Rowerowy wypad na Półwysep Indochiński. Tajlandia, Laos, Kambodża. Dostałem kilka pytań „jak to się robi?” i postanowiłem napisać krótki tekst. Krótki, bo gdybym zaczął pisać relację to wyszłaby książka. To tylko 11 rowerowych dni, ale ocean wrażeń. Spotykaliśmy innych rowerzystów i nasz styl podróżowania wyróżnia się na dwa sposoby. Mamy mały bagaż, 100% spotkanych rowerzystów jest zszokowana, że można zabrać tak mało. Mamy mało czasu. Inni liczyli swoje podróże w miesiącach lub latach, my w dniach.

Moja pierwsza rada odnośnie przygotowania podróży jest dziwaczna, im mniej się przygotujesz tym lepiej. Naprawdę uważam, że największym skarbem podróżnika jest brak przygotowania, brak organizacji, a nawet brak wiedzy, o miejscach, które się odwiedza. Oczywiście całkowity brak wiedzy i przygotowań nie jest możliwy, trzeba coś palcem na mapie wskazać, ale im więcej można dowiedzieć się na miejscu, nauczyć przy spotkaniach, dać się zaskoczyć tym lepiej. Być może to sprawa subiektywna, tak jak jedni lubią słodki, a drudzy kwaśny smak. Dla mnie wielokrotnie większą atrakcją jest przypadkowo natknąć się na piękny wodospad, niż przeczytać przewodnik, wiedzieć wszystko, potem zobaczyć dokładnie to, czego się spodziewałem i odhaczyć „zaliczone”. Może, tak samo jak ze smakami to też kwestia bilansu, czasem lubię coś wiedzieć, na coś się przygotować, jednak u mnie wartość podróży zdecydowanie mierzy się w zaskoczeniach.

Planowanie zaczyna się od zakupu lotu. To podstawa sprawa i ponad 50% kosztów podróży. Rok temu udało nam się nabyć w doskonałej cenie lot multicity, czyli dwa różne miasta, przylot do Hanoi w Wietnamie, wylot z Kantonu w Chinach. Tym razem polowałem na podobną okazję, ale nie było dobrej opcji. Bardzo kuszący była cena za lot do Bangkoku. To samo miasto przylotu i wylotu oznacza pętlę, a lepsza jest podróż do przodu, do nowego miejsca, a nie kręcenie się w kółko. Znalazłem jednak rozwiązanie: długi skok nocnym pociągiem. W Tajlandii jest tylko kilka linii kolejowych, jedna prowadzi z Bangkoku do Ubon Ratchatchani przy granicy z Laosem. Zaczniemy w Ubon, wjedziemy do Laosu, potem do Kambodży, potem wrócimy do Bangkoku. Oceniłem dystans, wykonalne w ferie, mam pomysł na podróż, konsultacja z synem, pomysł super, bilety lotnicze kupione.

Po zakupie biletów sprawa przycichła, czekała, gdy termin się zbliżał zacząłem w wolnych chwilach drobne przygotowania. Sprawdziłem wizy (do Tajlandii nie ma, w Laosie i Kambodży można załatwić na granicy, nie trzeba biegać po ambasadach), sprawdziłem pociąg do Ubon, jak z przewozem rowerów, okazałem się, że niektóre składy mają wagon cargo, wtedy bez problemu. Później zacząłem planować trasę na rower używając programu Strava. Dopiero na tym etapie odkryłem, że na naszej trasie jest kompleks świątyń Angkor. Bez przesady można powiedzieć, że to największa atrakcja turystyczna świata, pewnie 90% turystów odwiedza Kambodżę tylko dla Angkor. Co jest największą atrakcją turystyczną świata jest tylko subiektywną wyliczanką, gdy portal TripAdvisor zrobił głosowanie wygrało Machu Picchu w Peru, a Angkor Wat nie tylko zajęło drugie miejsce, świątynia Bayon, wchodząca w skład kompleksu świątyń Angkor była na piątym miejscu – dwie pozycje w pierwszej piątce. Rysując trasę na mapie przypadkowo przejechać przez Angkor to jakby przedzierać się przez dżunglę i natknąć się na Machu Picchu . Przy trasie  znalazłem też kilka innych ciekawych miejsc (np. wyspa Don Det na Mekongu, zwana światową stolicą lenistwa), przez małe skoki w boku droga się lekko wydłużała, dlatego okazało się, że raczej nie dojedziemy do Bangkoku tylko znowu wskoczymy w pociąg, gdzieś w okolicach miasta Sa Keo, 200km od Bangkoku. Tym razem nie było wagonu cargo, ale blisko Bangkoku, uznałem, że jak będzie problem to coś wymyślimy.

Ostatnia faza przygotowań to zadbanie o rowery i sprzęt. Przy małej ilości rzeczy trzeba dobrze się zastanowić, co zabrać. Należało zrobić też kilka zakupów. Kupiłem spodnie z odpinanymi nogawkami, czyli wersja długie i krótkie w jednym. Moje stare były już kilkukrotnie łatane i w końcu się poddały. Poszedłem w tym celu do Factory, wyprzedażowego centrum handlowego. W sklepie Regatta słyszę „panie! mam całe kartony tego, nikt tego zimą nie kupuje, całe kartony, za grosze to było”, o super, myślę, ale pan dodaje „już spakowane do wysyłki, opisane, oznaczone, nie mogę rozpakować”, w innych sklepach nic nie było, więc wróciłem negocjować rozdziabanie kartonu. Negocjacje się nie udały, ale znalazłem jedną parę w kącie sklepu. Nie udało się nabyć takich spodni dla syna, więc poszedł w jeszcze większy minimalizm. Zabrał tylko krótkie spodnie, a na czas lotu stare dżinsy do wyrzucenia na lotnisku w Bangkoku. Przy takim podejściu problemem był powrót w polskie mrozy, ale wyszliśmy z założenie, że może coś kupimy. Cały akapit o spodniach, ale przy małej ilości bagażu każdy przedmiot musi być przemyślany. Jeszcze więcej napisałbym o butach i napiszę. Cały post. Ulubione buty syna, przekonał mnie, że nadają się na rower, spróbowałem i się zakochałem. Będzie cały post o Native Vegan Shoes, model Jefferson.

Teraz akapit o rowerach. Używamy rowerów szosowych, na pewno nie jest to optymalne rozwiązanie. Nauczyłem się, że na rowerze szosowym przejadę po piachu, żwirze, błocie, skałach, śniegu, po wszystkim, ale jest kwestia ilości kilometrów. Gdy danego dnia trzeba przejechać 120km, z czego 10km wypadnie po fatalnym żwirze, zabawa jest to zrobienia, gorzej gdy pół dnia jest bez twardej nawierzchni. Idealnym rozwiązaniem byłby rower przełajowy. Rower górski odpada, za bardzo kocham szosę, kolarzówkę, lekkość, wiatr we włosach. Na chwilę obecną nie stać mnie mentalnie nawet na przełaj, ale przy eksploracji dzikszych terenów trzeba będzie się przerzucić. Podczas naszej podróży problematyczny okazał się tylko jeden dzień. W Tajlandii i w Laosie non stop super asfalt. W Kambodży też, oprócz jednego dnia. Trafiliśmy na rozkopany 50km odcinek. Piach, żwir (nieprzyjemny, grube bryły), a przy okazji kurz, upał, łapanie gum o ostre bryły żwiru (tego dnia 2 gumy, cały wyjazd 4, miałem 9 zapasowych dętek, jakby się skończyły to łatki – gdy ludzie pytali, co macie w tych małych bagażach, mówiłem „głównie dętki”). Na migi zapytaliśmy policjantów ile jeszcze bez asfaltu, dużo, aż do końca etapu. W pewnej chwili zauważam z tyłu ciężarówkę, na towarach siedzi kilku lokalsów i trójka turystów z Portugalii spotkanych wcześniej na przejściu granicznym Laos-Kambodża. Mam myśl, żeby ich zatrzymać. Sam nie odpuszczę roweru, jestem uparty, ale widzę, że syn ma dosyć. Ciężarówka odjechała, pytam syna czy by wsiadł, mówi „tak”. Czekam na kolejne opcje na stopa, nic nie jedzie, a żwir coraz upiorniejszy. Wpadam w złość na siebie, że nie zatrzymałem ciężarówki, jest naprawdę ciężko, a tu nagle fatamorgana, ciężarówka z Portugalczykami stoi przed nami na poboczu. Syn wrzuca rower na górę, a ja w drogę. Cały wyjazd mamy wyłączone sieci komórkowe (korzystamy tylko z wifi), kontaktu nie będzie, umawiamy się na moście w mieście, w którym chcemy nocować. Jadę sam i przez 20km ciągle nie ma ciężarówki, zaczynam się martwić, ale w końcu mnie mijają, jedna wielka impreza, wszyscy rozbawieni, chyba jest dobrze. Syn czeka na mnie na moście obgryzając badyl trzciny cukrowej, który dostał od ekipy. Czasem na rowerze szosowym jest ciężko, ale zawsze jest fajnie.

Z przygotowaniem sprzętu na podróż zawsze jest tak, że najwięcej się dzieje w ostatniej chwili. Syn w swoim rowerze miał połamaną manetkę, skleiliśmy to taśmą, działało, ale koślawo, jeździł tak od pół roku, oddałem do serwisu, zamówili, ale nie doszło na czas, pożyczyli używaną z innego roweru i nie do końca pasującą. Jest wiele takich niedociągnięć. Anglik, u którego spaliśmy podczas podróży w 2016 roku odpowiadał nam o Mongolia Rally, uczestnicy idą na giełdę, każdy ma 100 funtów na zakup auta, kupują i jadą z Anglii do Mongolii. On jechał bardzo starym Nissanem Micrą, dojechał. Ważnym elementem wyścigu są umiejętności mechanika samochodowego. Co oczywiste, umiejętności mechanika rowerowego są bardzo przydatne na wyprawach rowerowych. Ale uwaga, ja jestem fatalny, najgorszy ze wszystkich znanych mi rowerzystów. W kategorii stosunek przejechanych kilometrów do braku umiejętności naprawy roweru mogę być w czołówce światowej. Syn też nie wykazuje żadnej woli i zainteresowania. Ale mam za to wiarę, że coś się wymyśli, co tłumaczy moją nonszalancję w przygotowaniu sprzętu na wyprawę.

W Bangkoku lądujemy o 11.00. Nie potrzebujemy ani taxi, ani autobusu, nasz transport musimy wyjąć z kartonu. Mamy za sobą dwie noce z niewielką ilością snu. Ja spałem 2h i 2h, syn 1h i 1h. Najpierw noc pakowania kartonów z rowerami. Można by było wcześniej gdyby człowiek był zaradniejszy. Ja poszedłem spać o 3.00, syn o 4.00, pobudka o 05.00. Kolejna noc w samolocie. Lecimy przez Doha liniami katarskimi. Qatar Airways ma tak duży dozwolony rozmiar bagażu, że nie ma żadnych dopłat za rower. Bangkok okazuje się być najbardziej szalonym miastem do jazdy rowerem w jakim byłem. Szaleństwem jest zabrać tam dzieciaka na rower, jeszcze większym dzieciaka, który nie spał dwie noce i zasypia na każdym postoju. Z lotniska do centrum jest 40km jazdy po trzypasmówce. Bez większych nadziei sprawdzałem czy jest ścieżka rowerowa i trafiłem na zdjęcia najpiękniejszej ścieżki rowerowej na świecie. Gdy już myślałem, że pierwszego dnia będziemy jechać trasą, przy której Holandia może zbierać szczękę z podłogi, okazało się, że ścieżka to 23km dookoła lotniska, jeden kierunek, jeden wjazd, coś dla czystej rekreacji, bez znaczenia komunikacyjnego. Pomyślałem, że i tak warto zrobić pętlę, żeby rozprostować nogi, sprawdzić rowery, rozgrzać się przed ruszeniem w zgiełk miasta. Pierwszy dzień to 23km dookoła lotniska, a potem 40km do centrum, na dworzec kolejowy.

Bilety na pociąg kupiłem jeszcze w Polsce, online. Wybrałem wagon sypialny. Podróż miała trwać od 21.30 do 08.00 rano. Bilety na pociąg w Tajlandii są bardzo tanie, pociąg w wersji ‚rasowy podróżnik’ kosztowałby tylko kilkanaście złoty, korciło mnie granie twardziela, co potrafi się wyspać w każdej pozycji, ale wiedziałem, że będzie to kolejna ciężka i noc zdecydował się na wagon sypialny. Bilet kosztował 120zł i była to najsmaczniej przespana noc w życiu. Przedział dwuosobowy, z szerokimi łóżkami, ze świeżą pościelą. W Ubon jesteśmy wyspani, wypoczęci, gotowi na przygodę.

Ominę całą esencję wyprawy, 11 rowerowych dni, 1189 kilometrów przygód, trzy kraje, kilogramy przepysznego jedzenia, tysiące uśmiechów i tony życzliwości i przejdę do opisu organizacji powrotu. Sporo spraw wyjaśnia się podczas rozmów z innymi podróżnikami. Na przykład kwestia przewozu roweru w pociągach bez wagonu cargo, rowerzyści z Kanady powiedzieli, że trzeba zdjąć przednie koło i władować rower do toalety, serio? serio, tak to się tutaj robi i jak sami tak nie zrobicie to karzą wam tak zrobić, a lepiej zróbcie to od razu, zanim wszystkie toalety wypełnią się klatkami z kurczakami. W pociągu do Bangkoku wpakowaliśmy rowery do toalet i rzeczywiście nie było problemu. W Bangkoku, na sam koniec mieliśmy jedyne zarezerwowane noclegi podczas wyprawy. Miejsce okazało się genialne na finał, hostel rowerowy „Spinning Bear”. Atmosfera, ludzie, wystrój –  świątynia szczęścia. Mały minus taki, że obiecali załatwić kartony, ale jednak im się skończyły (bo działa to na zasadzie, ktoś przyjeżdża zostawia, ktoś wyjeżdża zabiera) więc załatwili, ale do odbioru w sklepie rowerowym oddalonym o 4km. Możecie pojechać po nie rowerem powiedziała Im, urocza właścicielka hostelu. Jechałem już we Włoszech kilka km rowerem trzymając jedną ręką wielki karton oparty o plecy, wiem, że to bardzo trudne, ale co może być ciekawsze niż rowerem po Bangkoku po dwóch nocach bez snu, rowerem po Bangkoku z wielkim kartonem w łapie. Dla Im, ogólnie dla Azji, frazy „przewieźć coś” i „nie da się” nigdy do siebie nie pasują. Akcja się udała, kolejna ciekawa przygoda. W hostelu mamy dwa noclegi, dotarliśmy późnym wieczorem, potem cały dzień na spakowanie roweru i poszwendanie się po mieście, następnie wczesnym rankiem samolot powrotny. Dzień luzu w Bangkoku to przy okazji dzień buforowy, jakby coś nie zagrało, przedłużyło się był jeszcze dzień na dojechanie.

To może tyle, wiem, że nie wyszło krótko, jak są pytania to chętnie odpowiem 🙂 Może jeszcze słówko o cenach. Tanio. Ceny za hotel od 15zł do 80zł, średnia 30-40zł. Nie mieliśmy żadnego problemu ze znalezieniem noclegu, nawet w miejscach, gdzie ludzie z zachodu ciągle są ogromną atrakcją. Solidny posiłek od 5 zł do 10zł. Nasz podstawowy izotonik, czyli kokos to na ogół 2zł, ale aż do 5zł w miejscach turystycznych. Dość drogi był jedynie bilet do Angkor, 38$, ale dobrze, że Kambodża na tym zarabia, tłumy i tak są zapewnione.

A może jeszcze słówko o  każdym kraju. Najbardziej podobał nam się Laos. Byliśmy tylko na południu, tylko w prowincji Champasak, może powiedzieć, że były to najmniej spektakularne dni (aczkolwiek na trasie trafił się zabytek Unesco, jeden z dwóch w Laosie), ale było w nich coś tak pozytywnego, tak spokojnego, tak miłego, że Laos w naszych głowach stał się synonimem raju. Tajlandia i Kambodża na równi drugie miejsce, tu i tu genialnie. Tajlandia pyszne jedzenie, przepyszne jedzenie, nieziemskie jedzenie (trzeba mówić „mang sałi rat” – żeby było bez mięsa, nauczyli nas tego rowerzyści z Polski spotkani pierwszego dnia na dworcu w Bangkoku) doskonałe drogi, mili kierowcy, ogólnie niewiarygodnie mili ludzie.  W Tajlandii oprócz Bangkoku byliśmy w bardzo mało turystycznych miejscach, może to jest sposób na idealną Tajlandię. Być w Tajlandii i nie być na ani sekundy na plaży to trzeba być dziwakiem 🙂 Po powrocie z Laosu i Kambodży do Tajlandii poczuliśmy też różnice w poziomie cywilizacji, tak jakbyśmy wrócili do kraju na poziomie Francji czy Niemiec. Jedyna trudność to ruch lewostronny. Na początku nie mieliśmy problemu, ani w Bangkoku, ani podczas stukilometrowego dnia z Ubon do granicy z Laosem, ale potem w Laosie i Kambodży ruch prawostronny, przyzwyczailiśmy się i gdy znowu wjechaliśmy do Tajlandii to zdarzyło się zapomnieć. W Kambodży spędziliśmy najwięcej dni i tu należy opisać dwa oddzielne kraje. Najpierw Kambodża nieturystyczna, naturalna, prawdziwa. Drobne szczegóły powodują, że wolimy Laos, na przykład kierowcy prują w Kambodży szybciej, ale jest sielsko, miło, ludzie są przesympatyczni. Nieturystyczna Kambodża to taki prawie Laos 🙂 Ta druga Kambodża zaczęła się dopiero 20km przed Siem Reap (duże miasto położone tuż obok Angkor), wcześniej przez wiele dni nie spotkaliśmy ani jednego rowerzysty z zachodu, a nagle tłumy, jakby wyskoczyli z krzaków. Siem Reap to też pewien fenomen, który warto zobaczyć. Miasto, które żyje z turystów i spełnia ich zachcianki. Ciekawe jest to, że jest bardzo, bardzo tanio. Można kupić fajną koszulkę z rowerem za 1$, masaż całego ciała 3$. Adama bolała noga, trochę kulał, co ciekawe na rowerze nie bolało i nie przeszkadzało, dokuczało gdy chodził – po masażu przeszło. Być tylko w Siem Reap i nie zobaczyć prawdziwej Kambodży, słabo, ale też być w prawdziwej Kambodży i nie poczuć pubowej atomsfery Siem Reap to strata. Dwa zupełenie inne światy. A podobno jeszcze inna jest nadmorska Kambodża.  Może będzie kiedyś okazja znowu dać się zaskoczyć 🙂

Reklamy

Informacje o arrec

przez wielu uważany za wariata, przez siebie samego za osobę dużo za ostrożną...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Pasyjne i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Tajlandia, Laos, Kambodża na rowerze

  1. Arek, możesz mi powiedzieć coś więcej o obuwiu, jakie używasz?

    Sam zastanawiałem się nad zakupem SPD, jakie jest Twoje zdanie o zatrzaskach?

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s