Wiara w Kosmiczne Istoty

Minął ponad roku od ostatniego wpisu na blogu. Miał to być blog o minimalizmie, a był o filozofii, lenistwie, sporcie, wegetarianizmie i też czasem o minimalizmie. Był też rodzajem pamiętnika.  Nawet odnośnie minimalizmu, nie było to eksperckie podejście, tylko relacja z przejścia od wiary, że otyłość materialna jest dobra i pożądana, do wiary, że jest trudna do zwalczenia i trzeba mądrze się starać, żeby nie być otyłym. Dzisiaj, po długiej przerwie będzie nowy temat, będzie o kosmicznej miłości.

Problem z mówieniem o miłości, jest identyczny jak przy opiewaniu minimalizmu, czy sprawności ciała. Jest to rodzaj ataku, na życie prowadzone według innych schematów. Na początku przygody z bieganiem miałem mnóstwo rozmów z moim przyjacielem o nawracaniu kanapowców. To były czasy, gdy jako biegacze budziliśmy ciekawość na ulicy i raczej nikt nie podejrzewał, że biegamy bo lubimy, tylko analizował, kto goni albo kogo gonią. Dla nas powrót do dziecięcej sprawności był szokująco pozytywny. Zmieniło się wszystko apetyt, sen, nastrój, ciekawość świata, ale staliśmy się społecznym wrzodem, przy każdej okazji ględząc, o marnym życiu przed i cudownym po. Przynajmniej ja się stałem, bo przyjaciel introwertyk, zupełnie nie czuł potrzeby uszczęśliwiać/torturować innych.

Dzisiaj wiele się zmieniło, świat jest pełen radosnych ludzi biegających po parkach oraz ludzi jeszcze bardziej radosnych, którzy świadomie mają to w dupie. Taką samą ewolucję przechodzi minimalizm. Tu jeszcze wiele zależy czy duże miasto, czy małe miasteczko, ale coraz mniej kręcą nas wielkie domy i drogie samochody, a bardziej lekkość życia. Niemniej nieistotne jest, kto co wybiera, tylko fakt, że świadomy wybór istnieje. 

Wracając do kaznodziejstwa o ruchu fizycznym, minimalizmie czy miłości, skoro dla innych to raczej przykre to po co dręczyć? Pewnie główny powód jest egoistyczny, niektórzy ludzie mają kaznodziejstwo we krwi, po prostu lubią dręczyć. Bardziej subtelny powód to wdzięczność. Własna zmiana była możliwa, bo ktoś dręczył, potrząsnął, wskazał palcem inną drogę. Oczywiście jeśli robił to brutalnie to tylko pogarszał sprawę, ale jeśli delikatnie zasiał ziarno, to mogło urosnąć. Czuję ogromną wdzięczność do wszelkich palców, które wskazały mi drogę do miejsca, w którym jestem. Nie wiem czy sam jestem delikatny, na pewno wiele razy na blogu nie byłem, ale przynajmniej zanudzam okropnie, co skutecznie powinno odsiać już wszystkich, co nie chcą być dręczeni o miłości.

A nie chcą prawie wszyscy! To jest zadziwiające odkrycie eksperta od dręczenia. Miłość jest znacznie gorsza od minimalizmu, a nawet od największego demona udręki kaznodziejskiej „wegetarianizmu”. Schematy są takie same, negacja, wyparcie, przekręcenia sensu, hipotezy przeciwne czy negatywne proroctwa, ale wszystko jest bardziej i mocniej. Powinno mnie to powstrzymać przed napisaniem „miłosnego” tekstu, ale są dwa mocne argumenty, żeby to zrobić, uno: są ludzie, którzy chcą słuchać, due:  jest o tym bardzo mało (śmiała teoria, że o temacie tekstu jest mało, ale naprawdę tak jest).

Wczoraj poznałem nową osobę, z którą miałem bardzo miłą rozmowę, moja opowieść została przyjęta z życzliwością i ciekawością, gdy potem opowiadałem ukochanej o rozmowie, to od razu było „Wierzył w istnienie kosmicznych istot”.  Ja też zawsze wierzyłem. Wierzyłem, że może istnieć tak silne połączenie, tak silna więź, że niemożliwy jest najdrobniejszy konflikt, niepotrzebny jest najmniejszy kompromis. Moja wiara nie łączyła się żadnym oczekiwaniem, wprost przeciwnie, coraz lepiej czułem się w swojej samotności, ale miałem to przeczucie, że gdzieś kiedyś, może w katolickim niebie, albo buddyjskim kolejnym wcieleniu takie rzeczy mogą się wydarzyć. 

Moje postanowienia o byciu zwięzłym jak zwykle kończą się rekordowo długim wstępem. Ale już koniec wprowadzeń, zaczynam pisać na temat. Nie będzie o miłości. To piękne słowo nie pasuje. Miłość zna każdy i o miłości jest wszędzie dużo. Kochamy swoją rodzinę, kochamy swoich przyjaciół, jesteśmy przywiązani, troskliwi, dobrzy, mili i bez wahania potrafimy rzucić się w przepaść, dla osób które kochamy. Miłością są też oczywiście związki miłosne, od pierwszych szkolnych do dorosłych, są to wielkie przygody polegające na kochaniu, odkrywaniu, adoracji, na miłości właśnie.

No właśnie… i  tu następuje pusty plan filmowy albo widok na gwieździste niebo, bez żadnego komentarza. Bo nie znam słowa, żeby opisać dziwny świat, w którym się znalazłem. Używałem naprzemiennie słowa „miłość” i „kosmiczna miłość”, ale pierwsze już porzuciłem, a drugie jest mylące, bo jakby to miłość, ale bardziejsza. Najczęstsze reakcje świata zewnętrznego to „zakochanie” – „mmm, ale to fajnie tak się zakochać totalnie, uwielbiam ten stan, ale wam dobrze!” albo „wariactwo”, – „to wszystko zmierzało u ciebie, w kierunku zupełnego odjazdu, no i w końcu stało się, odjechałeś”. Oba klucze są oczywiście błędne, ale też nie głupie, bo trochę pasują. 

Ciągle szukamy dobrego słowa, podoba nam się „półmózgowanie”. Słowo jest o tyle dobre, że nie każdy jest takim półmózgiem żeby się w półmózgowanie bawić. W życiu jest zawsze tak, że to co, wydaje się być największym marzeniem, czy to sława, czy bogactwo, czy półmózgowanie okazuje się też niezwykle trudne. To nie jest tak, że poznajesz drugą połówkę i biegacie szczęśliwi po łące – aczkolwiek oczywiście jest też tak, jest dużo biegania boso po łące po kwadraty, niemniej wszystko działa tak, że im większa jest przyjemność, tym większe cierpienie. Półmózgowanie jest ekstremalne, w gruncie rzeczy to totalny hardcore.

Największym problem jest uwierzenie. Jesteśmy już w fazie pogodzenia się ze stanem permanentnego zaskoczenia. Nie jest to  liryczne wzdychanie, że jest tak cudownie, że aż niemożliwe, tylko prawdziwy problem. Podchodzi Cyganka i mówi, że jak dasz jej 100zł to w domu na stole będzie leżało 1000zł. Brzmi kusząco, ale trudno uwierzyć. W zasadzie jeśli rozum jest sprawny to się nie da. Mój analityczny umysł próbuje dociec przyczyn braku możliwości spokojnej akceptacji, ze to się dzieje naprawdę, ale nie znajduje odpowiedzi. Widzę to trochę tak samo, jak zagadkę ludzkiej religijności, potencjał duchowy człowieka jest większy niż intelektualny, dlatego można zawędrować w stany, których nie można zaszufladkować, oswoić, zrozumieć. A jak coś nie jest w znanej szufladzie, to nie wiadomo czy wogóle gdzieś jest.

W grze w Pokemony trafiają się pokemony setki, wszystkie parametry najlepsze, prawdopodobieństwo jest wyliczane i wynosi 1 na 4096, czasem żartujemy, że Mr God podobną grę wymyślił i teraz patrzy czy setki się znajdą. My oczywiście nie mamy parametrów najlepszych, mamy najlepsze dla siebie nawzajem, mamy równo, albo gówno – jak raz w towarzystwie westchnąłem „Bo my się tak równo rozumiemy” ktoś nie dosłyszał i dopytał „Gówno się rozumiecie?”. Guwno jest teraz naszym słowem, na ten stan kosmicznego dopasowania. Pokemon, ma tylko trzy parametry, człowiek ma ich znacznie więcej. Temperament, witalność, wrażliwość, estetyka, poczucie humoru, wiara, światopogląd,  sympatia do określonych typów ludzi, wkładanie głowy w określone typy miejsc, podejście do pracy, podejście do obowiązków domowych, podejście do relacji rodzinnych, podejście do podróżowania. Osiągać w tym wszystkim idealną zgodność wydaje się kosmicznie nieprawdopodobne. Tym bardziej gdy całe życie obydwoje mieliśmy tak odmienne cechy od innych ludzi, że gdy pasowało kilka procent to była to wielka przyjaźń, wielka miłość, wielka relacja.

Oczywiście to nie jest tak, że zawsze robimy dokładnie to samo i myślimy dokładnie tak samo. Uprawiamy inne sporty, moja ukochana jest mięsożerna, a ja wegetarianinem, ktoś może być w danej chwili śpiący, bo nie spał poprzednią noc, możemy być w innych chwilach głodni. To są dwa różne ciała i to jest fizyczny fakt. Mózg jednak jest jakby jeden, perfekcyjnie bilansujący oba półmózgi, niezdolny do wyłapania granicy między jednym, a drugim. W półmózgowaniu pojawienie się różnicy zdań, konfliktu interesu jest montypathonowsko śmieszne, absurdalnie niemożliwe.

Trochę mało jest w dręczenia w moim tekście. Opisuję fenomen, ale brakuje mojego „wow! minimalizm! ale super! warto! warto!”. No więc warto! warto! W człowieku pojawia się silne przeczucie, że skoro to jest możliwe, to człowiek został właśnie po to stworzony. Bo to działa cuda. Dwa połączone w ten sposób mózgi potrafią doświadczać rzeczywistość, nie dwa razy bardziej, ale wielokrotnie bardziej. Moc rośnie kosmicznie. Doświadczeni pełni, całości jest niemożliwe do opisania. Odczucia przy każdym dotyku są niemożliwe do opisania. To jest taki kosmos, że rozum sobie z tym nie radzi.

No i ok, co wynika z tej ckliwej histori. Absolutnie nic. Jestem pewien, że sam czytając ten tekst wcześniej określiłbym go jako trochę śmieszny, a trochę żenujący. Na dodatek jeśli mielibyśmy podać receptę na znalezienie swojego półmózgu to mamy równo taką samą: nie szukać. Trzeba przejść przez wiele miejsc gdzie się szuka, podnosi, ogląda, aby w końcu poddać się całkowicie i przestać szukać. U nas to było symetrycznie identyczne. I wtedy to się stało.

Na koniec zaproszę na nasz instagram, publikujemy tam zdjęcia, które guwno uwielbiamy. Tylko nie dajcie się zwieść Cyganom, że tak jak dacie stówkę, to tysiak będzie na stole w domu 🙂

Informacje o arrec

przez wielu uważany za wariata, przez siebie samego za osobę dużo za ostrożną...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Antyporadnik i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s