Mikroprzygoda

Tekst dla lubiących żyć aktywnie, im więcej poza kanapą, im więcej poza domem tym lepiej. Najlepszym czasem na wszelkie wypady, przygody, rajdy jest oczywiście urlop, ewentualnie weekend, ale dzisiaj będzie o przygodach w środku tygodnia, między jednym dniem roboczym a drugim. Jeśli policzymy standardowy dzień pracy, standardowy czas urlopu oraz 6 godzin snu dziennie (mało, ale ja tyle średnio śpię) oraz 2 godziny na niezbędne czynności takie jak jedzenie (dużo, u mnie chyba sporo mniej) to wyjdzie, że w ciągu roku mamy około 3800 godzin do dyspozycji. Jak to się rozkłada na urlop, weekendy, środek tygodnia:

  • Urlopy 12%
  • Weekendy 44%
  • Środek tygodnia 44%

Oczywiście środek tygodnia ma różne ograniczenia, mamy wtedy dużo innych obowiązków poza pracą,  nie można się w środku tygodnia zapisać na wyścig typu Wisła1200 czy 3-dniowy rajd przygodowy, ciężko jest też zarywać noc, bez szkody dla jakości świadczenia usług pracy, ale trzeba przyznać, że jest sporo czasu i czasem coś z tym czasem można zrobić.  Opowiem o swojej wczorajszej mikroprzygodzie.

Jest wtorek i jestem super wyspany, po długim czerwcowym weekendzie miałem ogromne deficyty snu, dlatego w poniedziałek położyłem się o 20.30 i wstałem 5.30. 9 godzin snu -taki rarytas zdarza się raz na sto lat. Poranna pobudka umożliwiła poranny rower, wpadło bardzo szybkie 30km, średnia ponad 36km/h po kaszubskich pagórkach. Powinienem być dobrze najedzony endorfinami oraz zmęczony na tyle, żeby uznać dzień za sportowo spełniony, ale było wprost przeciwnie. Czułem większy głód niż zwykle. Wpadłem na pomysł, żeby po pracy pojechać autem 50km do miejscowości Charzykowy, ruszyć rowerem na południe w kierunku Bydgoszczy, wskoczyć w pociąg relacji Bydgoszcz-Chojnice i na koniec rower Chojnice – Charzykowy. Pomyślałem też, że zostanę już w Charzykowach na noc tak żeby rano przed pracą pobiegać po okolicy, znalazłem tanie agro na booking. Potem jednak wpadłem w podstępny wir zadań w pracy, który zawsze się intensyfikuje jak są fajne plany na wieczór. Wyjście z pracy przesunęło się o pół godziny, nie zdążyłem ułożyć trasy na rower ani zarezerwować noclegu, który przestał być dostępny, a inne opcje w Charzykowach były 3 razy droższe.

Był moment irytacji i rezygnacji. Ale jedna myśl uratowała wypad „weź namiot”. Tu polecę stronę Bank Danych o Lasach dostępną też w aplikacji mBDL, gdzie jak klikniemy na warstwę „mapa zagospodarowania turystycznego” to mamy obszary pilotażowego programu „zanocuj w lesie”.

zanocujwlesie

Pamiętałem, że jest duży obszar „zanocuj w lesie” w okolicach Chojnic, wystarczyło tylko wrzucić namiot i trochę szpeju do bagażnika i coś się wymyśli. W moich ambitnych kalkulacjach pakowanie roweru i szpeju biwakowego do auta to 10 minut, w realu zawsze wychodzi jednak 15 minut. Kolejne 5 minut poślizgu, ale udało się, jestem w drodze na przygodę.

Jak mam czas to lubię sobie sprawdzić wygodne miejsce na porzucenie auta na kilka godzin, szukam cmentarzy czy kościołów, bo tam zwykle są duże parkingi, ale wczoraj wszystko leciało na łapu capu,na szczęście idealnie położony parking w Charzykowach znalazł się od razu.  Jadąc samochodem kazałem garminowi ułożyć trasę po drogach szutrowych, wyszło 75km, jak teren nie będzie bardzo ciężki powinno się udać, czasu miałem 3,5h. Pociąg jechał w moją stronę, co podwójnie ułatwiało zadanie, im na bliższej stacji bym wsiadł tym pociąg byłby później, a ja miałbym mniej kilometrów do przejechania, ale mój mózg nie ogarnia takich ułatwień, ruszyłem ostro jak na wyścigu w stresie czy zdążę na pociąg. Szybko okazało się, że trasa ułożona przez garmina to zasiane pola czy zakrzaczone rowy, więc było mnóstwo korekt i objazdów. W pewnym momencie poddałem się i wybrałem bliższą stację kolejową, ale gdy tam dojechałem to miałem jeszcze trochę czasu pomimo 82km na liczniku, no to pełen gaz do kolejnej, a tam okazało się, że mam jeszcze 5km i 11 minut do tej co wybrałem na początku.  Wyszło 95km. Trasa oczywiście piękna, Bory Tucholskie, ale co tu dużo pisać, eksploracja świata na rowerze zawsze jest piękna.

Pociągi to moja druga miłość, albo i trzecia, ale nieistotne, ważne że fajnie tak się sunie, zwłaszcza jak słońce zachodzi za oknem, a dwie starsze panie obok prowadzą bardzo ciekawe dyskusje (jedna z nich miała ponad 600 przeciwciał na covid, ponoć akademicy ją badali, ale mówili jej, że rekordowo mieli kogoś ponad 800. Ja miałem 111, a mój Tata to się chwalił na fb, że ma aż 150). Po 22.00 pociąg dojechał do Chojnic, mogłem sobie spokojnie już bez żadnych bezsensownych czelendżów dojechać 12km do auta. W Charzykowach udało się jeszcze dorwać otwartą Żabencję (oczywiście na chwilę przed zamknięciem, czyli 23.00) i kupić wegańską szamkę i piwo na biwak.

Na biwak szukałem miejsca, żeby było wygodnie dojechać autem, a najlepiej jeszcze legalnie zaparkować i znalazłem taką perełkę:

parking

Na żółto strefa udostępniona do spania w lesie, jak widać tuż obok jest oficjalny parking, a wszystko nad jeziorkiem – powinno być super. I rzeczywiście było, jedyne moje zmartwienie to niedogaszone ognisko. Ogólnie to dobrze, mniej roboty, ale trochę stres czy ekipa wróci i jaka to ekipa. Gdy już rozgościłem się na dobre podjeżdża auto z głośną muzyką, stoi chwile i odjeżdża. Dobrze, że pojechali, bo dobrze mi tak samemu z ogniskiem, piwem i dobrym jedzeniem. Około 1.30 idę spać, wstaję o 6.30. W namiocie zawsze potrzebuję jeszcze mniej snu żeby się solidnie wyspać.

Gdy przy pomoście robią sobie poranną kawę to zaskakuje mnie pytanie „czy przyjechałem wędkować?”, Pan Piotr podszedł tak cicho, że nie usłyszałem ani jednego kroku, a może to przez szum wiatru wiejącego od strony jeziora. Opowiedziałem jak się znalazłem w tym miejscu i zaproponowałem piwo, zostało mi jedno z wczoraj. Radość i wdzięczność w oczach była nie do opisania, w zamian dostałem mnóstwo ciekawych opowieści o okolicach. Przy jeziorze jest tylko jeden stary, wielki poniemiecki dom, mieszkają w nim 4 rodziny, w tym pan Piotr od dziecka. Jeszcze w 8 klasie podstawówki odrabiał lekcje przy lampie naftowej, a teraz to już luksusy i prąd i woda. Poranna kawa nad jeziorem przy opowieściach pana Piotra to wisienka na torcie mojej mikroprzygody, ale mój tort dwie wisienki, druga to poranne bieganie, 10km wokół dwóch jezior, bajeczna trasa. Powrót do auta, powrót do roboty. Jestem wyspany, wypoczęty i zadowolony. I tylko mogę sobie wypomnieć ten moment rezygnacji, oj było tak blisko do „w tym tygodniu nic takiego się nie uda, może w kolejnym” – oj Arek, ty stary głupcze.

Na koniec jedno zdjęcie z porannego biegu, ale pięknych kadrów przez krótki  czas od dnia roboczego do dnia roboczego było przed moimi oczami tysiące:

Mikroprzygoda

Informacje o arrec

przez wielu uważany za wariata, przez siebie samego za osobę dużo za ostrożną...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s