„Przysposobienie do życia w cichej desperacji” – nowy przedmiot szkolny?

W szkole powinien być przedmiot: „Przysposobienie do życia w cichej desperacji”. Na poziomie liceum. Może moja propozycja nazwy jest zbyt pejoratywna, ale dobrze prezentuje sens, czyli analizę krytyczną każdego zawodu. Przedmiot powinien pokazywać na czym polega praca prawnika, informatyka, wykładowcy akademickiego, księgowego, lekarza, architekta, starszego asystenta, prezesa, menadżera produktu, czy podróżnika. Lekcje zamiast koncentrować się na tym ile zer na koncie dany zawód wygeneruje, albo ile punktów w grze o prestiż społeczny nam doda, byłyby o tym jak wygląda życie człowieka, który pracuje w danym zawodzie. Jak wygląda dzień pracy, jak tydzień, jak miesiąc, jak rok. Jak wygląda cała kariera. Szczerze. Detalicznie. Tak jak pisałem na samym początku tego bloga: wiedza zamiast porad.

Pomysł nie jest mój. Wynika wprost z wywiadu jaki „peron4” przeprowadził z Andrzejem Muszyńskim, prawie prawnikiem, a tak naprawdę reporterem, podróżnikiem i założycielem wyprawyzreporterem.pl

Fragment wywiadu:

– Powiedz tak szczerze, naprawdę chciałeś zostać prawnikiem? I co takiego zadecydowało o tym, że zamiast przemierzać korytarze sądu, założyłeś agencję podróży?

– To nie takie proste. Wydaje mi się, jak sobie obserwuję ludzi dokoła, że jakieś 80 % z nich wybiera kierunek studiów mało świadomie. To chyba w ogóle u nas problem, że młodym ludziom często nie ma kto wytłumaczyć, jak będzie wyglądać ich robota, jeśli wybiorą dany kierunek studiów. Powinny być jakieś obowiązkowe zajęcia w szkołach średnich na ten temat.

Ja miałem mgliste pojęcie, jak wygląda praca prawnika. To po pierwsze. Pod drugie, istnieje jednak wśród tego środowiska takie przeświadczenie, które narasta im dłużej się w tym siedzi, że jednak „jesteśmy elitą, jesteśmy fajni” (oczywiście nie dotyczy to wszystkich). A im dłużej w tym grzęźniesz, tym bardziej w to wierzysz. Mnie to irytowało nieco, bo według innych kryteriów wartościuję ludzi i ani portfel, ani pochodzenie, ani wiedza (jakakolwiek), ani zaradność tymi kryteriami nie są.

Po trzecie wreszcie, nie mogę usiedzieć 8 godzin przy biurku w garniturze, to nieodwracalne. Ale najważniejsze, bałem się, że mnie to kiedyś zabije. Wiesz, jest wszystko w porządku, kiedy ktoś sobie coś robi w życiu, pracuje jako, dajmy na to, analityk w korporacji, pr-owiec w międzynarodowym koncernie czy tam jakiś inwestor i umiera z kapitalnym przeświadczeniem, że był kimś, figurą, realizował się, osiągnął cel.

Gorzej jednak, kiedy w wieku, kiedy o zmiany już późno, przychodzi refleksja, mącąca i wywracająca do góry nogami całą hierarchię wartości – odkrywasz, że to co robisz, że twoje miliony i szczeble w karierze oczywiście są przydatne, bo kupiłeś sobie na przykład fajny dom, ale tak poza tym, to jest to gówno warte. Przecież znamy takie osoby, to są prawdziwe życiowe dramaty, czasu przecież nie cofniesz.

Oczywiście mnie chodzi tylko o proporcje, bo gdyby wszyscy stwierdzili, że nie ma sensu budować, sprzątać, obsługiwać, to byśmy na tej planecie, jednej z wielu, mieli w parę dni sceny z „Drogi” Mc Carthiego i Apokalipsy Świętego Jana. Chodzi jednak o proporcje, o to, żeby nie dać sobie wmówić, że job jest najważniejszą rzeczą na świecie. Że są rzeczy ważniejsze nawet niż praca. To trudne, kiedy zostajesz do tej machiny wkręcony.

Cały wywiad: tutaj
Tutaj przykład ciekawej i niesztampowej wyprawy  w ofercie Andrzeja: wyprawa

Advertisements

Informacje o arrec

przez wielu uważany za wariata, przez siebie samego za osobę dużo za ostrożną...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Pasyjne i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „„Przysposobienie do życia w cichej desperacji” – nowy przedmiot szkolny?

  1. Joasia pisze:

    Szczęśliwie dla opisanej przez Ciebie sytuacji każdy zawód można zmienić. Taka zmiana, to była herezja dla pokolenia naszych rodziców i może ciągle jest dla części naszego, ale pokolenie naszych dzieci będzie i tak skazane na zmianę zajęcia co najmniej raz w życiu. Ja właśnie zmieniam moje życie , bo wymyśliłam sobie, że zamiast „pasjavspraca” przyszedł czas na „pasja=praca”. I tego Wam wszystkim życzę.

    • arrec pisze:

      Oczywiście Pasja może = Praca, czego Tobie, sobie i wszystkim życzę, ale na tej stronie przyjąłem uproszczenie, że „pasją” nazywam coś, co nie jest pracą.

      Jeśli weźmiemy muzyka, który bardzo kocha swoją pracę to „pasją” według mojej dziwacznej formuły będzie coś innego niż muzyka – dajmy na to, że są to modele szybowców sterowanych mechanicznie (widziałem przypadkiem Mistrzostwa Europy w Istebnej – ale pasjonaci!).

      Chodzi tu nie tylko o określenie proporcji między tym „co daje zarobek”, a tym „co jest całkowicie bezinteresowne” ponieważ nie ważne czy jest to 50/50, czy też 90/10, czy też 10/90 – tylko o wewnętrzne przekonanie, że obie te czynności są tak samo ważne, zasadne, wartościowe. Blog powstał na podstawie obserwacji, że w teorii piętnujemy chciwość i pazerność. W praktyce jest dokładnie na odwrót. Dokładnie te samo działanie może być szlachetne kiedy jest robione dla pieniędzy i negatywne, czy też „wstydliwe” jeśli jest robione dla czystej radości.

      Tu zaproponowałem mały eksperyment w tym temacie: https://pasjavspraca.com/2011/01/19/pasja-vs/

  2. Joasia pisze:

    Arku, zanim zaczęłam u Ciebie wtrącać swoje trzy grosze. przekopałam się przez całego bloga i wszystkie komentarze z odnośnikami. Mój szacunek już masz – choćby za to, że podróż pod prąd wymaga wysiłku ( najpierw intelektualnego, a potem fizycznego jak najbardziej ). Zainspirował mnie maraton w Maratonie :). Wpadnij na bloga http://www.majewska-opielka.pl, tam jest o różnych rzeczach, ale przede wszystkim o spójnosci. Autorkę znam kilkanaście lat, byłam świadkiem jaką gigantyczną pracę wykonała sama nad sobą. Ale nie mówi z bezbrzeżną pewnością siebie, co dla kogo najlepsze, za to pokazuje uniwersalia, które każdy może dostosować do swoich potrzeb w miarę swoich potrzeb.

    Moje nowe zajęcie organizuję sobie w środowisku ludzi myślących, powiedzmy na skróty: „po korporacyjnemu”. I pierwsze pytanie jakie zadaję potencjalnym współpracownikom rekomendującym dalszych współpracowników jest takie: ” is it fun to work with her/him ? „. Celowo piszę po angielsku, bo po polsku to jak niby miałoby ono brzmieć: ” czy radośnie jest z nim pracować ? „, albo: ” czy współ/prca z nim da Ci radość ? „. To już najprędzej: „czy współpraca z nim wniesie coś trwale wartościowego w Twoje życie ? „, ale to już nie to samo przecież. Wszyscy w środowisku, w którym łowię współpracowników mamy solidną wiedzę popartą bardzo solidnym dyplomem, wobec tego o napływ grosza w konsekwencji używania tej wiedzy nie muszę się martwić. Ale profersor psychologii piętnujący bycie szczęśliwym rozbawił mnie do łez :).

    A teraz się zamykam, bo to Twój blog – niech się inni mają szansę wypowiedzieć.

    Pozdro,

  3. pchelka pisze:

    Prawda, że szkoła nie uczy wiedzy o zawodach ale przyznam, że mnie w wieku okołamaturalnym doskwierało coś zupełnie innego: niewystarczająca znajomość siebie i swoich talentów, owszem coś tam w duszy grało ale niewystarczająco wyraźnie aby dobrze wybrać kierunek studiów. Sama wiedza o zawodach w tym czasie chyba na niewiele by mi się zdała. Przydałby się raczej przedmiot „Jak nie przeżyć życia w cichej desperacji” na którym zachęcano by do myślenia, do rozpoznawania siebie, do poszukiwań. To nie specyfika zawodu czyni z ludzi „cichych desperatów” ale stosunek do pracy, do życia, tego nabywa się po drodze na skutek wewnętrznego wzrastania. Być może dałoby się to wzrastanie przyspieszyć, rozpocząć wcześniej i oszczędzić cierpień, frustracji, desperacji…ale czy na pewno? W końcu to kryzysy są przyczynkiem do rozwoju.

    Wracając do kwestii wyboru zawodu, kiedyś było w pewnym sensie łatwiej, gdzieś, ktoś trafnie to ujął: terminowało się u jakiegoś rzemieślnika i zdobywało zawód poprzez praktykę, w okresie tej praktyki następowała weryfikacja przydatności ucznia do wykonywania danego zawodu. Dziś wybieramy kierunek (zwykle są to mieszanki powodów: moda, możliwości w tym finansowe, możliwości pracy „po” czyli tzw. perspektywy w tym finansowe, zainteresowania przedmiotami, naciski społeczne, znajomość siebie jest zwykle w tym czasie dość niska) studiujemy przez wiele lat, idziemy do pracy i ……. okazuje się, że jest inaczej niż sobie wyobrażaliśmy, nie posiadamy cech i talentów które pozwalają nam się w pełni rozwinąć w tej pracy, wysilamy się, nie czerpiemy radości (kaczka uczy się biegać a krowa latać) itd. albo dla odmiany nie możemy znaleźć pracy w wyuczonym zawodzie. Koniec końców albo się męczymy przez większość zawodowego życia albo zaczynamy pracę w innym zawodzie, doszkalamy się, robimy kolejne studia albo zdobywamy wiedzę po prostu poprzez praktykę. Niektórzy na drodze świadomych i niaświadomych poszukiwań trafiają w końcu na „swoje” miejsce i wtedy bywa wielkie wow ze strony otoczenia: Ty po studiach X, zajmujesz się Y?? Skąd ta zmiana, jak na to wpadłeś, jak to odnalazłeś? Odpowiedzi bywają różne, często pojawiaja się opowiadania o tzw. przypadku, zrządzeniach losu, kryzysach itd. Podziwiamy, zazdrościmy. A co się stało? Człowiek przeszedł pewien proces rozwojowy i idzie dalej. A czy można było to ułatwić przyspieszyć? Może tak, może nie……… Poszukiwania są nieodłączną częścią życia 🙂

    Pozdrawiam,

  4. arrec pisze:

    Jak miło mieć takie komentarze!

    Po przeczytaniu mam takie przemyślenie, że są przecież na tym świecie ludzie, którym wystarczyła matematyka, język polski, i parę innych przedmiotów, żeby odnaleźć swoje preferencje i wybrać wymarzony zawód na całe życie. Teraz jak czytają mój tekst, wywiad z Andrzejem Muszyńskim, czy Twój komentarz to mogą się jedynie litować się nad głąbami, które w porę nie ogarnęły tematu.

    Myślę, jednak, że nie jest to kwestia „szybkiego ogarnięcia”. System edukacji ma wyprodukować, jak to wykrzyczeli Pink Floydzi kolejną cegłę do muru. Taki jest przekaz od pierwszej klasy do końca studiów. Pomysł na przedmiot, który można równie dobrze nazwać „Przysposobienie obronne przed zostaniem kolejną cegłą w murze” jest dywersją wobec trudu fabryki. Pasowałby może jedynie do szkoły typu Summerhill, która od początku uczy dzieci, że mają wolność wyboru. (https://pasjavspraca.com/2011/06/06/zaczynam-czytac-summerhill/)

    Myślę, że dla niektórych bycie kolejną cegłą w murze, jest nie tylko akceptowalne, ale i pożądane. Nie można ich krytykować za to, że trwają w czym, co jest dla nich wygodne. Można zrozumieć też to, że „wiercące się cegły” są dla nich zagrożeniem. Niemniej, ci stabilni powinni też rozumieć tych wiercących się. Dać im prawo do szukania. Co z tego, że mur się zwali. Powstanie kolejny. Który, też się zawali.

  5. pchelka pisze:

    POSZUKIWANIE Masz prawo (a nawet obowiązek) szukania i nikt inny poza samym sobą nie musi Ci go dawac po prostu je masz. Potrzebujesz przyzwolenia od samego siebie aby wyzbyć się frustracji spowodowanej dysonansem między własną potrzebą poszukiwań a tym jak żyją inni. Nie będziesz wówczas potrzebował się usprawiedliwiać, szukać potwierdzenia, zazwolenia i aprobaty dla swoich poszukiwań i decyzji.

    WYBÓR Wyboru nie ma człowiek z nierozbudzoną samoświadomością, nieświadomy swoich uwarunkowań wewnętrznych i zewnętrznych i bez wykształconych umiejętności przeciwdziałania im. Każdy inny zawsze ma jakiś wybór. Ten wybór to wolna wola. Jeśli „stabilnymi” nazywasz tych o charakterystyce „brata starszego” to nie wymagaj od nich zrozumienia dla jak je nazywasz „wiercących się cegieł”, są na innym poziomie samoświadomości i zrozumieć nie potrafią (jeszcze), zrozumienia dla swoich rozterek i poszukiwań wymagaj od tych, którzy nabrali mądrości i etap „wiercenia” mają już za sobą. Oni mogą Ci być pomocni.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s