To będzie wycieczka na warszawską ulicę Grochowską, ale nie najkrótszą drogą – przez Koszalin – moje rodzinne miasto. O Koszalinie pisał ostatnio doskonały reportażysta Filip Springer. Na spotkaniu w liceum zapytał młodzież o najlepsze i najgorsze miejsca w mieście; wśród najgorszych dominowały okolice dworca kolejowego. 30 lat wcześniej też bym tak odpowiedział – smętne przejście podziemne to miejsce jedynego razu, gdy zostałem w Koszalinie napadnięty. Na szczęście wyszedłem ze zdarzenia bez szwanku na zdrowiu; przydało się sprawne bieganie. Całe ubranie miałem w krwistych plamach, ale był to ketchup z dzielnej zapiekanki, która przyjęła pierwsze uderzenie – kolejnych na szczęście nie było.
Okolice dworca musiały były przyjemne, zanim do Koszalina zawitała Polska. Kameralny, miejski charakter, układ ulic nastawiony na spokojny ruch i wygodę pieszych. Czy sam budynek dworca też był ładniejszy? Na zdjęciu trzy dworce: 1) stary niemiecki 2) komunistyczny, z mojego dzieciństwa i 3) nowo-powstający, otwarcie niedługo.

O gustach można miło dyskutować; każdy może mieć faworyta – ale nie będzie to teskt o tym, który dworzec był najlpeszy, tylko o tym, że nie w bryle dworca jest pies pogrzebany. Nie zrozumcie mnie źle, estetyka jest bardzo ważna, funkcjonalność budynku jest bardzo ważna – ale mimo wszystko jest jest to dużo mniej ważne dla efektu „dobra okolica” vs „przykra okolica” niż chorowanie miasta na chorobę zwaną „samochodozą”.
Problem z okolicą koszalińskiego dworca ma tak naprawdę jedną, bardzo konkretną przyczynę. Dworzec został odcięty od centrum miasta „autostradą”. Kto tak zdecydował? Jak to kto! komuniści! Priorytetem był szybki transport samochodowy i tranzyt, a lekceważono takie sprawy jak komfort mieszkańców, bezpieczeństwo, poziom hałasu, jakość życia, kontekst historyczny, skalę miejsca. Kapitaliści w tym czasie nie byli mądrzejsi, może nieco bardziej ludzcy w zmianach pro-samochodowych, ale niewiele.
Samochodoza, napędzana marketingiem i pozerstwem bogatych i wpływowych – długo miała się bardzo dobrze, aż stała się niemożliwa do udźwignięcia przez miasto. Naukowcy długo nie mogli przebić się do głów ludzi, a szczególnie głów ludzi zwanych radnymi, z prostym obliczeniem: nie da rady aby każdy jeździł autem. Halo halo! Za mało miejsca! Każda nowa inwestycja pro-samochodowa to zachęta do używania auta i w efekcie jeszcze większe korki. Los Angeles ma najwięcej dróg per capita na świece i najpiękniejsze korki. Jedyna możliwa droga w przyszłość to mniej samochdów, czyli dobry transport publiczny. Tak zupełenie przy okazji to milsze, przyjemniejsze, cichsze miasto. Tak zupełenie przy okazji to lepiej dla biznesu, który rozwija się świetnie tam gdzie ludzie lubią spacerować. Tak zupełenie przy okazji to sporo mniej śmierci i chorób wśród mieszkańców od zanieczyszczeń wypluwanych przez auta. Tak zupełnie przy okazji jest dużo mniej wypadków. Świat zaczął się zmieniać na lepsze niedawno, ale zmiany idą bardzo szybko. Paryż, Londyn, Nowy Jork, Wiedeń oraz tysiące średnich i mniejszych miast. Skala i odwaga projketów na zachodzie jest godna podziwu.
A na wschodzie? Na wschodzie bez zmian. Myślę, że w Moskwie za pół wieku coś zacznie kiełkować. W Warszawie dużo próbuje się dziać, ale dzieje się bardzo mało. Dobre pomysły trafiają na zmasowany opór ludzi o moskiewskiej mentalności, do których wiedza dociera z oporem – a oni przecież muszą gdzieś parkować! muszą gdzieś dojechać!

Koszalin to miasto zachodniej Polski, a niestety chyba bliżej tu do Moskwy niż Wiednia, a nawet bliżej Moskwy niż Warszawy. Oto wizualizacja nowo powstającego dworca z dalszej perspektywy: to dworzec kolejowy w centrum miasta czy MOP przy autostradzie? Ta dziura przed dworcem to słynne miejsce teleportu dla pieszych. Najsmutnijesze jest to, że za komunistycznych czasów trzy-pasmówka naprawdę służyła za tranzyt. Poznaniak jadący główną trasą do Mielna musiał podziwać piękną bryłę koszalińskiego dworca, a ja (i tysiące dziecaków przez trzy kolejne dekady) musiałem śmigać przez nieprzyjmne okolice dworca czujnie żeby nie stracić zapiekanki. Teraz obok Koszalina jest już trasa S11 z południa nad morze oraz S6 z Gdańska do Szczecina. Można wrócić do normalości. Można gdyby nie choroba na „s”.
Wróćmy znad Bałtyku do Warszawy, do naszych stołecznych „miejskich autostrad”, do słynnej ostatnio Grochowskiej. Najpierw pochwalę się, że w audycji „Książki pod Lupą” omawialiśmy świetną książkę „Kamionek”. Dziesięć minut słuchania, krótka rozmowa i fragment książki – dużo w niej jest o ulicy Grochowskiej; TU LINK. Czy Grochowska musi być autosradą czy nie może być deptakiem jak wiele głównych ulic, z których wyrzucono auta w Wiedniu – cicha, miła, spokojna, pełna kawiarni i fajnych miejsc? No aż tak to nie. Nie przesadzajmy. Aż taki skok w normalność nie jest w Polsce mentalnie możliwy. Ale wiecie, jaka mogłaby być? Jak okolice dworca w przedwojennym Koszalinie. Warto to sobie wyobrazić.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.