Wróciliśmy z wyprawy rowerem przez Flipiny. Nasza trasa miała 1000km rowerem i dodatkowe 100km szwendania się pieszo. Oto wybrany przez nas wariant trasy z Manili do Cebu, a poniżej garść uwag o wyprawie.

Filipiny są ultra ciekawe do planowania trasy – wariantów jest ogrom. Naszą opcję wyboru promów można powtórzyć, ale objeżdżając każdą wyspę z drugiej strony, otrzymamy w 100% nowe drogi. Można też jechać środkiem wysp – wtedy będzie więcej „up and down”. Oczywiście są też setki możliwości prowadzących przez inne wyspy.
Największy plus Filipin to bardzo mili ludzie i cierpliwi kierowcy. Pod względem ruchu to „Azja light” – kierowcy są wyluzowani i kulturalni. Oczywiście nie jest idealnie i widać różnice pomiędzy wyspami, ale całościowo, jak na Azję Południowo-Wschodnią, na drodze nie ma agresji.

Filipińczycy są niezwykle radośni, uśmiechnięci, pomocni i nigdy nie nagabują aby coś sprzedać— nie ma ciągłego „nie, dziękuję” (jak np. na Sri Lance, gdy wieczorem po rowerze chcesz rozprostować nogi i dobrze wiesz, że nie chcesz tuk-tuka). Powszechna znajomość angielskiego bardzo ułatwia kontakty, a ludzie są bardzo rozmowni. Spontaniczne reakcje podziwu, na to, że jedziemy aż z Manili i aż do Cebu, były bezcenne. Na Filipinach sprawdza się też święta reguła: jeśli chcesz, żeby ludzie przestali być naturalni i spontaniczni, jedź do miejsca, gdzie wożą wszystkich turystów. Na szczęście nasza trasa miała mikro dawkę takich pułapek. O Boracay będzie jeszcze kilka słów w punkcie o promach.

Największą wadą Filipin jest kuchnia. Kraj zapadł na mięso. Najgorzej, że działa to tak: im bardziej street food, im taniej, tym więcej mięsa — albo raczej: tylko mięso. I nie oznacza to wcale raju dla mięsożerców. Raz nocowaliśmy w domu Szweda, który przez pół roku jest szefem kuchni w dobrej restauracji w Szwecji, a drugie pół roku żyje na Filipinach. Nasz gospodarz, z talentem rasowego stand-upera, opowiadał o fatalnych sposobach przyrządzania mięsa na Filipinach. Mówił, że szkoda, iż Filipiny to nie Wietnam czy Tajlandia, gdzie pyszne jedzenie znajdziesz na każdym rogu, ale Filipiny mają za to inne zalety. Opowiadał też, że jest trudniej, ale da się trafić na kulinarne perełki. Z czasem nam również się to udawało, głównie w miastach, gdzie jest więcej opcji. Co ciekawe, po sprawdzeniu w internecie owe smakowe odkrycia okazywały się „tradycyjnymi filipińskimi daniami”. Tyle że gdy robisz 1000 km i mijasz tysiące przydrożnych garkuchni, z których każda (naprawdę każda) ma mielonkę i siekanego kurczaka, można odnieść wrażenie, że tradycje zniknęły w mięsnej obsesji. A skoro o mielonce, czyli spamie — z dużą pewnością można uznać, że Filipiny były inspiracją dla słynnego skeczu Monty Pythona. Kasia raz dostała spam w sushi — jako dodatkowy bonus. Żeby było po filipińsku. Sytuację ratowaly sklepy 7Eleven i oczywiście owoce. Jak smakuje kokos („buko” na Filipinach) kupiony przy drodze w upalny dzień, wie każdy, kto jechał rowerem w Azji. Zakochaliśmy się też w mangostanie — słodko-kwaśnym owocu, ponoć bardzo trudnym w transporcie, więc mało znanym w Europie, a kosmicznie pysznym.

Czas na promy. Po wielkiej zalecie Filipin i wielkiej wadzie — coś, co można uznać za jedno i drugie. Coś, co potrafi posypać rowerowe plany, ale jednocześnie stanowi o duchu wyprawy. Promy zajmują o wiele więcej czasu, niż można się spodziewać. Warto doliczyć godzinę do wszystkiego. Godzinę później prom przypłynie, godzinę dłużej potrwa załadunek, sam rejs — i tu niespodzianka — będzie już zgodny z podanym czasem, ale potem jeszcze godzina, zanim zacznie się rozładunek, i kolejna na jego powolny przebieg. A potem trzeba jechać po ciemku, skracać trasę. Jeśli jednak poskromimy chciwość kilometrów, możemy zanurzyć się w promowym klimacie. Można tutaj coś zjeść, ludzie chcą rozmawiać. Na naszym najdłuższym rejsie z Mindoro na Panay najpierw dosiadł się do nas Rainer — Niemiec, który żyje na Filipinach już 40 lat — a potem Yuki, Japończyk, który postanowił spędzić tu emeryturę. Obaj aktualnie zajmowali się tym samym: podróżowaniem przed siebie na motocyklu, i obaj mieli mnóstwo ciekawych informacji. Japończyk w kilka lat nauczył się tagalskiego, głównego języka Filipin, czym bardzo zaskoczył Rainera — bo to naprawdę trudny język. Świetna była reakcja obu panów na fakt, że nie jedziemy na Boracay. Prom płynął do Caticlan, skąd można wziąć drugi krótki prom (1 km) na słynną wyspę Boracay, albo tego nie robić i jechać dalej po wyspie Panay. Obaj panowie, w różnym czasie, zagadali nas w ten sam sposób: „Jedziecie na Boracay?”. A gdy usłyszeli odpowiedź: „Nie, jedziemy od razu w głąb Panay, a potem dalej do Cebu”, zareagowali identycznie — jakby przyjrzeli nam się na nowo, z niedowierzaniem i uśmiechem zadowolenia. Rainer powiedział, że choć ma na Boracay dobrego przyjaciela, to nie był tam od 20 lat. Serce go boli, gdy myśli o tym, jak piękne było to miejsce i czym się stało. Nie negując, że miejsca takie jak Boracay czy Phuket mają swoich miłośników, trzeba przyznać, że w Boracay fajne jest to, że można je ominąć bez najmniejszej interakcji. Z opowieści przyjaciela wiem, że od Phuket czy Krabi przez dziesiątki kilometrów nie da się uciec.

Pomysł Filipin ma korzenie kanadyjsko-marokańskie — bo jakie inne mógłby mieć. Na śniadaniu w hoteliku w medynie w Tangerze zagadał nas starszy pan z Kanady. Było pełne kombo tematów: wschodnie sztuki walki i wyprawy rowerowe. Kanadyjczyk dużo przebywa w Tajlandii, emeryturę i ostanie lata życia spędził tam wcześniej jego ojciec — obaj zaangażowani jako nauczyciele karate. Zjechał rowerem całą Azję i w opowieściach wszedł w rejestry „kiedyś to było”. Teraz oczywiście też jest pięknie, miło i życzliwie, ale — jego zdaniem — nie ma już tej naturalnej, „niebiznesowej” serdeczności. To się skończyło i se ne vrati. I nagle krzyknął: „Filipiny! Tam to coś wciąż jest. Jedźcie tam, póki jeszcze można!”.
Pół roku później znaleźliśmy świetną cenę Air China, a kolejne pół roku później skręcaliśmy rowery na lotnisku w Manili. I aż do mety w Cebu nie spotkaliśmy nikogo, kto — tak jak my — byłby na wyprawie rowerowej. Ani jednego bikepackera na całej trasie. A pogodowo styczeń to najlepszy miesiąc.

Techniczne uwagi: nasz lot Air China był oczywiście do i z Manili. Metę w Cebu trzeba było ogarnąć i zrobiliśmy to przy pomocy lokalnych linii lotniczych ‚Cebu Pacific’. Mają rejsy między Cebu i Manilą wiele razy dziennie, co 2 godziny. Najważniejsza informacja — rowery ogarniają bez problemu, jest specjalna opcja na sprzęt sportowy. Poza tym linia jest w porządku i zdecydowanie tania: bilet za osobę 80 zł, tyle samo za rower.
Dobra cena za lot Air China była tylko w kombinacji z dwoma kilkunastogodzinnymi przesiadkami w Pekinie. Gdyby trzeba było spędzać tam czas na lotnisku, byłoby trochę słabo. Ale obecnie Polacy nie potrzebują wizy, więc można uderzyć na miasto. Chiński Uber, czyli Didi, jest bardzo tani i ma łatwą rejestrację, a stosunkowo blisko lotniska jest świetne „Art District” — cała dzielnica artystyczna w dawnych halach przemysłowych. Pekin jest ciekawy i tani, … i za zimny na letnie ciuchy. Za pierwszym razem było odczuwalne -20°C, a my biegaliśmy między galeriami w cienkich kurteczkach — nie chcieliśmy potem wozić w bagażu rowerowym ciężkiego balastu na Filipinach. Za drugim razem postanowiliśmy najpierw kupić coś cieplejszego, ale wybrany outlet okazał się miejscem dla ludzi, którzy płacą 10 razy więcej za logo — ceny chyba wyższe niż w Europie, ale w sumie to się nie znamy, ile się płaci w Europie za logo. Najpierw chcieliśmy pojechać w inne miejsce, znaleźć prawdziwy chiński market, ale tym razem było miłe +5C – uznaliśmy, że da się łazić z tym, co mamy.

Filipiny są oczywiście pod każdym względem jeszcze tańsze niż Pekin. Za pokoje hotelowe płaciliśmy między 50 a 100 zł. Japończyk nie wierzył w naszą rozrzutność i próbował nas uczyć, jak znaleźć hotel za 5 zł — ale zostaliśmy przy swoich metodach. Ciekawostka: dużo lepiej działa Agoda niż Booking, czasem ceny były dwa razy tańsze, bardzo dużo promocji. W drugim tygodniu, korzystając z promocji, braliśmy więcej dobrych hoteli, ale skoro można mieć ciepłą wodę, prysznic (a nie wiaderko), basen i dobre śniadanie — za 100 zł to why not. Jedzenie to podobny rozstrzał jak hotele, od „niemożliwie tanie” do „tanie”. Raz zatrzymaliśmy się po kokosy, za dwa zapłaciliśmy 3 zł. Właściciel kramu szybko sprzątnął swoją furgonetkę, żebyśmy mogli wygodnie usiąść. Kokosy były tak wielkie, że napiliśmy się do syta i jeszcze starczyło wody kokosowej do pełnych bidonów. Potem można było zjeść pyszny miąższ ze środka, potem właściciel przyniósł nam z ogródka banany, a potem poleciał po papaję prosto z drzewa — „very yummy, you must try” — potem było ciężko ruszyć dalej. Często w ogóle ciężko było zapłacić. Po kilku dniach pomyślałem, że warto przesmarować łańcuchy — zatrzymaliśmy się w typowym serwisie motocykli przy drodze, kilka osób zaangażowało się w operację smarowania jakby przyjechała para prezydencka, a potem radykalnie odrzucali możliwość jakiejkolwiek zapłaty.

Odnośnie rowerów: choć zlekceważyłem zasadę „kup nowe opony na dłuższą wyprawę, to potem nie będzie łapania gum” — opony mieliśmy bardzo stare, a dojechały bez żadnego przebicia. Innych usterek też nie było, pomimo faktu, że po rejsach promami wszystko było w słonej mazi.
I jeszcze o naszej drużynie. To była moja pierwsza azjatycka wyprawa „w związku”. Każdy, kto był na dłuższej wyprawie rowerowej, wie, że to nie tylko wiatr we włosach i pyszne „buko” — tak naprawdę to pełna sinusoida trudów i radości. Najtrudniejszy był oczywiście upał, zwłaszcza że były dni z bardzo stromymi podjazdami – na przykład przejaz przy góry Negros. 38°C i długi podjazd o nachyleniu 15% to kombo, które bardzo skutecznie potrafi „ugotować mózg”. Jednak mimo wszystkich trudów, cała podróż minęła bez ani jednego zgrzytu. Ciężko to napisać, żeby nie brzmiało zbyt słodko — ale niech brzmi słodko: gdy dwie osoby są dla siebie w pełni życzliwe, co przede wszystkim oznacza, że nie produkują żadnych paranoi, lęków ani podejrzeń, efektem może być tylko ciągłe wsparcie, szacunek i uśmiech na twarzy — nawet gdy chwilowo jest trudno, albo coś nie zagrało tak, jak miało. Taka podróż to też świetna okazja do związkowych obserwacji. Choć jesteśmy do siebie bardzo podobni, przede wszystkim w radosnym entuzjazmie, to mamy trochę inne alarmy na to, kiedy czas zakończyć euforię i przejść do pragmatycznych działań — co ciekawe, w naturalny sposób oddajemy kontrolę nad działaniem tam, gdzie druga strona ma lepszą kontrolę 🙂 Proste i dobrze działa. 🙂

I jeszcze na koniec o najlepszej pamiątce jaką można przywiźć z Filipin. Jest to nowy Bóg do modłów, Nazywa się Senor Santo Nino, na pierwszy rzut oka to zwykły Jezusek, a tak naprawdę to Bóg Deszczu i Jezusek w jednym (synkretyzm religijny). Według podań jego skuteczności w prośbach o deszcz jest ogromna (trzeba go wynieść na dwór, najlepiej zamoczyć nogi w morzu) działa też w drugą stronę, czyli wynoszenie na dwór i pokazanie, że „już wystarczy” jeśli pada za długo – opcja ważna dla kolarzy, szczególnie, że wtedy już nie trzeba moczyć nóg Santo Nino w morzu. My kupiliśmy małego Santo Nino za 30 pesos, czyli 1,80zł.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.